Nie zapomnę! - MISYJNE WSPOMNIENIA
Nie zapomnę! - MISYJNE WSPOMNIENIA

TYDZIEŃ MISYJNY

jest szansą, aby pełniej włączyć się w dzieło misyjne, a tym samym pogłębić naszą wiarę, „misje bowiem odnawiają Kościół, wzmacniają wiarę i tożsamość chrześcijańską, dają życiu chrześcijańskiemu nowy entuzjazm i nowe uzasadnienie” (papież Franciszek).

 

 

 

 

Zapraszamy na MISYJNE SPOTKANIA.

Opisane przygody, spotkania, rozmowy... na ziemi pięknego Kamerunu wydarzyły się naprawdę. Zapraszam więc na wędrówkę...

 

 

Życie jest wspaniałą przygodą.
Jest drogą wśród rzeczywistości, iluzji i marzeń.
Życie ma wartość, gdy z Bogiem płynie w parze.
Gdy wsłucham się w natchnienia, które On mi daje.
Życie jest jak przypływ i odpływ westchnienia.

 

Życie jest piękne…
Choć trudem znaczone zmagania.
I takim pragnę, by był mój czas istnienia.
A w nim szczególny okres,
Którym był przypływ wołania Afryki.
Głębia 10-ciu lat posługiwania…
I odpływ: by gorąco piasków,

Jasność równikowego słońca,
Ciepło ludzkich relacji
Szczepić w nieco innym środowisku
Europejskiego zabiegania.
Lecz w sercu pozostał żar, który nie zagaśnie…
Bo z Boga...
Gdy wsłuchasz się w Jego powołanie,
Co jak  westchnienie, przypływa i odpływa.
Nasze Życie.

 

s.M. Kryspina Koziołek

Nie zapomnę… Pierwsze wrażenia

- Proszę państwa, za parę minut zaczniemy obniżać lot. Do lądowania zostało nam jeszcze niecałe pół godziny. Obudził mnie głos stewardesy. Obracam rozespane oczy w stronę Siostry Moniki. Siostra uśmiecha się do mnie lekko i odsłania małe okienko z samolotu. Widok jest prześliczny. Lecimy powyżej pułapu chmur, które układają się w przeróżne bajeczne kształty. Niestety oślepiający blask słońca uniemożliwia mi dalsze podziwianie tych chmur, które  w swych kształtach przypominają bramę do raju. Przez głośniki ponownie słychać głos:
- Proszę zapiąć pasy i wyprostować oparcia, gdyż za chwilę podchodzimy do lądowania. W Douala jest aktualnie godzina siódma trzydzieści cztery. Temperatura na zewnątrz 34 stopni Celsjusza. Pada deszcz.
   

 

 

Powoli samolot podchodzi do lądowania. Z upragnieniem i z pewnym napięciem czekamy, aż koła samolotu dotkną płyty lotniska. Nareszcie
daje się odczuć miękkie uderzenie. Wylądowaliśmy. Z dolnego pokładu dochodzą nas okrzyki radości, westchnienia ulgi i gromkie oklaski. Takie reakcje podróżnych  słyszałam zawsze, kiedy samolot kameruńskich linii lotniczych kończył manewr lądowania.
          

 

Wyszłyśmy z samolotu prosto na płytę lotniska. Towarzyszył nam nieznośny upał i mżawka. Potem czekał nas długi, niekończący się korytarz i tak samo długie formalności. Z czasem, przy kolejnych podróżach do Europy, przyzwyczaiłam się jednak do nich. Miałyśmy szczęście. Nasz samolot do Garua odlatywał za trzy godziny. Bez namysłu zajęłyśmy miejsca w klimatyzowanej kawiarence. Był taki upał, że czułyśmy się, jakby duszone we własnym sosie. Ten gorący czas oczekiwania wypełniłyśmy sobie modlitwą i drzemką.
 

 

Niewiele więcej pozostało mi w pamięci, chyba tyko rozczarowanie, kiedy wyszłam z budynku lotniska, aby zobaczyć Afrykę na własne oczy... Przed lotniskiem było tylko kilka niskich palm i nic więcej z egzotyki. To rozczarowanie zostało mi jednak wynagrodzone. Podczas podróży do Garua siedziałam przy oknie i podziwiałam prześliczny krajobraz Kamerunu. Podczas godzinnego lotu z południa na północ mogłam oglądać jak na filmie ten kraj o powierzchni niewiele większej niż Polska, a tak różnorodny w swym ukształtowaniu terenu, pejzażu, o tak pięknej florze i faunie. Egzotyka była tuż pode mną, ale to nie dla niej tu leciałam. Kamerun, jak miałam się wkrótce przekonać, jest bowiem krajem wielu ludów,  kultur, języków, zwyczajów i religii.. Moim pragnieniem było poznanie ludzi po to, by jak najlepiej im służyć, a przede wszystkim, aby dawać im Boga Uczyłam się z nimi żyć całe 10 lat i nadal nie mogę powiedzieć, że do końca ich poznałam. Ciągle zostają dla mnie otwartą księgą.
       

 

Nie pamiętam chwil powitania ani Sióstr, które przyjechały na lotnisko. Pamiętam tylko podróż ulicami Garua. Witały nas białe domy najwyżej dwupiętrowe, a także piękne, oryginalne w swej budowie meczety. Na ulicach przewijało się wielu ludzi o czarnych twarzach. Ta różnica skóry nie była dla mnie taka ważna i szybko o niej zapomniałam.

 

W prokurze misyjnej zatrzymałyśmy się najwyżej godzinę i dalej wyruszyłyśmy w drogę. Przed nami jeszcze 200 km. Najpierw droga asfaltowa (około 130 km), która mijała nam szybko na modlitwie i nieskończonym opowiadaniu nowin z ojczyzny. Po około dwóch godzinach skręciłyśmy w lewo w prawdziwy busz. Przed nami było 70 km bitej drogi, która w porze deszczowej nie wygląda najlepiej. Za każdym razem, gdy wkraczałam na tereny rezerwatu, wspominałam z uśmiechem ten pierwszy raz i komentarze Siostry Ezechieli:
- Siostro, patrz dobrze na prawo i lewo, a dojrzysz: słonie, hipopotamy, lwy i inne zwierzaki. Niestety oprócz wysokich traw i prześlicznych kolorowych ptaków nie dojrzałam nawet małpy, o którą w tej okolicy nie jest trudno. 

 

Przejeżdżając przez wioski, zauważyłam niezwykłą serdeczność tamtejszych ludzi wobec Sióstr. Pozdrawiali nas machając przyjaźnie rękami.
 Wjazdowi do miasta towarzyszył także wesoły komentarz: - Oto nasze miasto wojewódzkie: na lewo poczta, na prawo pałac naszego króla, a oto nasza misja.

 

Ten komentarz nie pasował mi jednak wcale do obrazu, który przesuwał się przed moimi oczami. W mieście nie było asfaltowych dróg, domy miejscami przypominały wiejskie kazy, nie było sklepów, a na Misję wjechałyśmy przez zaśmiecone targowisko. I chociaż na plac kościelny wjechałyśmy bez problemów, gdyż brama nigdy nie była zamykana, na nasze podwórko nie można było tak łatwo się dostać. Brama była dobrze zamknięta na kłódkę. Siostry wybuchły gromkim śmiechem i skomentowały: To tak siostra Cèline na Siostrę czeka.

 

Przez bramę widziałam zawieszone balony i słowo powitania na wielkim transparencie. Czekała na nas, ale... dopiero „jutro”. Widząc zachodzące słońce Siostra pomyślała, że już dzisiaj na pewno nie przyjedziemy, a ponieważ była sama na Misji dla bezpieczeństwa zaszyła się w swoim pokoju. Jednak, słysząc klakson samochodu, wybiegła wzruszona na nasze spotkanie. S.M Celine poznałam jeszcze w Polsce. Polubiłyśmy się od pierwszego, no... może od drugiego spotkania i wiem, że Siostra wiele się za mnie modliła, abym pokonała wszystkie przeszkody i przyjechała na misje. Pamiętam, że wtedy, gdy nareszcie wysiadłam z samochodu wzruszenie odebrało mi całą francuską mowę. Na szczęście ten „brak słów” trwał tylko moment.

 

 

 

Nigdy nie zapomnę tego olśniewającego widoku naszej Misji, która o tej porze roku cała tonęła w różnokolorowych kwiatach. Ich zapach mieszał się z chłodem wieczoru. Chyba w raju człowiek czuł się podobnie jak ja w tym momencie. Poza tym nie pamiętam nic więcej z tego pierwszego kameruńskiego wieczoru. Może tylko to, że po rozładowaniu bagaży i krótkim posiłku, zmęczenie wzięło górę i zasnęłam.

 

Długo, bo 10 lat mogłam podziwiać piękno Afryki, wsłuchiwać się w dźwięki wydawane przez cykady czy nocne ptaki. Wierzcie mi, że do teraz można na drodze do wioski spotkać słonia, żyrafę czy lwa, a na dzień dobry żmija ustawi się do ataku. Można się przyzwyczaić do jaszczurek, karaluchów i mrówek, a pająki o różnej prędkości przemkną ci pod nogami. Rano na murze odkryjesz ćmy- nocne motyle ogromne jak otwarta dłoń i zdziwisz się, gdy znikną jak sen przed południowym słońcem. Nie wspomnieć o upałach, huraganach, deszczach czy gradobiciu… Tych przeżyć nigdy nie zapomnę i zapach Afryki czuć będę i tęsknić do jej muzyki...

Moi pierwsi młodzi przyjaciele: Antoine, Luize, Joseph…

Jeszcze w Paryżu dowiedziałam się o tym, że w Kamerunie będę pracować z młodzieżą. Praca ta nie była mi zupełnie obca. Miałam dość dobry kontakt z młodzieżą w Polsce, a oprócz tego cztery lata praktyki w katechizacji wydawał mi się wystarczającym przygotowaniem do tej pracy. Pierwsze spotkania z młodymi ludźmi w Tchollire napełniły mnie jednak lękiem o to czy dam radę.

 

Młodzi przyszli już w pierwszy dzień przed południem. Jak się okazało czekali z niecierpliwością na nową Siostrę. Około godziny 11-tej przyszła pierwsza grupa chłopców, którzy usadowili się w altance, do przyjmowania gości. Widząc tych dryblasów wpadłam w panikę!
- O czym z nimi rozmawiać, jak nawiązać kontakt? Myślałam intensywnie. Nieodzowną pomocą w tej sytuacji okazała się s.M Celine. Z szerokim uśmiechem na twarzy powiedziała mi : Nie martw się. Pójdę z tobą. I poszła, dyskretnie podpowiadając mi, co mam mówić, o co pytać, a były to pytania bardzo proste.
-Jakie są wasze imiona?
-Ile macie lat?
- Do jakiej szkoły, klasy chodzicie itp.
Odpowiedzi były też proste, choć dla mnie na razie i tak trudne do zapamiętania. Powoli nawiązywałam z nimi kontakt. A wieść o przyjeździe nowej siostry rozeszła się szybciej niż u nas drogą SMS-ów. Cały dzień pierwsi moi młodzi przyjaciele przyprowadzali swoich kolegów i koleżanki. I tak wkrótce poznałam większość młodzieży uczęszczającej na naszą misję. Dzięki nim dowiedziałam się o tym, że w parafii działa prężna organizacja młodzieżowa JEC- chrześcijańska młodzież szkolna oraz grupa powołaniowa. Dowiedziałam się także i o tym, że Siostra katechizuje w Liceum.

 

s.M. Kryspina z podopiecznymi. Zakończenie roku szkolnego.

 

Moja praca z nimi zaczęła się dopiero po piętnastym października, kiedy z urlopu powrócił o Henryk Dejneka OMI, proboszcz naszej parafii. Wspólnie udaliśmy się do liceum, gdzie zostałam przedstawiona panu Dyrektorowi, z którym omówiliśmy plan katechizacji. Nie zapomnę tego liceum. Szereg parterowych budynków, w których mieściło się ponad 10 sal lekcyjnych i kilka biur należących do administracji szkoły. Był plac apelowy i boisko na razie pokryte bujną trawą, którą uczniowie sami muszą wyplewić. Mimo że rok szkolny trwał już od miesiąca, tylko w niektórych salach odbywały się zajęcia. Dyrektor oznajmił przyczyny tego stanu rzeczy: Brakuje nam nauczycieli. Starsza kadra jeszcze nie dojechała, a młodzi nauczyciele boją się przyjechać na prowincję. Oprócz tego nasz system płac nie zachęca młodych nauczycieli do podjęcia pracy.
- Kto więc zajmie ich miejsce?
- Zatrudnimy na ich miejscach naszych byłych uczniów, którzy albo skończyli już swoją edukację z maturalnym świadectwem lub z przyczyn finansowych przerwali szkołę na niższym poziomie.

 

Przyglądając się bliżej problemom tamtejszej młodzieży, zawsze podziwiałam, z jakim poświęceniem zdobywają wiedzę. Brak książek i podstawowych pomocy szkolnych to jeden z podstawowych utrudnień w edukacji. Młodzi Kameruńczycy zdobywają tajniki wiedzy niekiedy nawet w niewyobrażalnych dla nas warunkach np. wieczorami, siedząc pod lampą uliczną lub przed oświetlonym na noc urzędem, czytają wspólnie może jedyny w ich klasie podręcznik,. Potrafią uczyć się w dzień i do późnej nocy, niekiedy o jednym posiłku dziennie, nie wspominając nawet jak wielkim problemem było nie tylko zdobycie pożywienia, ale i wody.

 


Nigdy nie zapomnę Antoine, o którym jego koledzy mi opowiedzieli, że od tygodnia nie ma co jeść i żebrze u swoich bogatszych kolegów. Antoine został tydzień dłużej w Tchollire, czekając na przyjęcie sakramentu bierzmowania. Zapasy żywności miał dokładnie wyliczone i na dodatkowy pobyt zabrakło mu już jedzenia. Przy tym należy dodać, że chłopak był pierwszym do pomocy w przygotowaniu uroczystości. Dyskretnie wzięłam go na bok i ofiarowałam mu potrzebne produkty spożywcze. Był bardzo wdzięczny, gdyż sam nigdy nie zdobyłby się na to, by o taką pomoc poprosić. Antoine nie był odosobnionym przypadkiem ucznia, który o swoją edukację musiał staczać ogromny bój najpierw ze swoimi rodzicami. Stwierdzenie rodziców: „Po co ci szkoła?” był w tych okolicach dość zrozumiały. Rodzice są najczęściej biednymi rolnikami, często analfabetami i mają do wyżywienia rodzinę często więcej niż dziesięcioosobową. Nie rozumieją więc potrzeby nauki, bo bez tego całe swoje życie dawali sobie radę. Gdy chłopak, lub rzadziej dziewczyna, pragną się uczyć, dostają kawałek ziemi ze słowami:
- Jak chcesz się uczyć, to sobie na naukę zapracuj.
I pracuje taki uczeń często bardzo ciężko, by zarobić sobie na nowy rok szkolny. Rzadsze są przypadki takie jak u Abel, któremu na szkołę płacił starszy brat lub Luize, której rodzice byli nauczycielami i zależało im na wykształceniu córki.

 


 Moim początkowym problemem było czy zdobędę autorytet u młodych, którzy niejednokrotnie byli tylko nieco młodsi ode mnie. Ale jak się później okazało, nie z tym miałam największe problemy, ale ze zrozumieniem ich mentalności, która dla nas zabieganych Europejczyków jest ciągle bardzo trudna do pojęcia. Z młodzieżą przyszło mi pracować aż do moich ostatnich chwil pobytu w Kamerunie i to oni będą najczęściej wspominani w tej książce. Dzięki nim nauczyłam się kochać Afrykę, dzięki nim poznałam mądrość, która pozwala żyć w harmonii z naturą, z samym sobą i z moimi bliźnimi, którzy nie powinni mi być obojętni, gdyż są moimi braćmi.

 

Kameruńska wioska

 

Kim są teraz ci moi pierwsi przyjaciele? Antoine został wiejskim nauczycielem, założył rodzinę, ale mimo wielkich wysiłków nie zdał nawet małej matury. Albert, pierwszy przewodniczący JEC, już nie żyje. Zabiła go malaria w połączeniu z zapaleniem opon mózgowych. Jean Feliks ukończył uniwersytet, ale nie mogąc zdobyć pracy próbował zaciągnąć się w szeregi policji lub żandarmerii. Joseph jest już kapłanem w diecezji Garoua. Luize ciągle na studiach szuka swojego sensu życia. Abel przerwał studia, by po śmierci ojca zająć się starszą matką. I wielu przyszłoby mi tutaj wymieniać, ale nie sposób. Dziękuję wam moi młodzi przyjaciele za ten wspólnie przeżyty czas. Niosę was w moim sercu i modlę się o jedno byście wytrwali w wierze.

Martine i Thomas. Moja praca w wiosce Mbucma

 

Tuż po moim przyjeździe do Tcholliré spotkałyśmy się we wspólnocie, by omówić naszą pracę w rozpoczynającym się nowym roku szkolnym. Oprócz wspomnianej wyżej pracy z młodzieżą miałam poprowadzić kursy kroju i szycia z młodzieżą żeńską oraz prowadzić regularne spotkania ze wspólnotami czterech wiosek: Mbucma, Souay, Dana, Rey Bouba.


Na tym miejscu warto wspomnieć, że parafie misyjne terytorialnie przewyższają niekiedy niejedną diecezję w Polsce. Dla przykładu parafia w Tchollire jest tak rozległa, że do najdalszej wspólnoty należy pokonać ponad sto kilometrów. Do tej misji należy ponad 40 wiosek i dwa miasta, w tym jedno wojewódzkie. Niestety kapłan dociera tylko do około 20 wspólnot. Przyczyny: wysoki stopień islamizacji tych terenów, prężny rozwój protestantyzmu i religijna obojętność.


 Moją pierwszą wioską, którą odwiedziłam, była Mbucma, oddalona od centrum o około 40 kilometrów. Do wioski zawiozła mnie SM Ezechiela, gdyż na razie nie miałam odwagi sama zasiąść za kierownicą, widząc opłakany stan dróg i nie znając jeszcze tego nowego dla mnie terenu.

 

Mboucma liczyła kiedyś może jakieś kilkaset mieszkańców, została założona przez ludzi z plemienia Mousaï-Banana przybyłych z północnych krańców Kamerunu jak i z Czadu. Obecnie wioska „świeciła pustkami”. Część mieszkańców, zarobiwszy na uprawie bawełny, uciekło na inne tereny, opuszczając swe domki (obecnie w ruinie)i pola, które zarastały wysoką na 3 metry trawą. W kaplicy było również niewielu z tych, co pozostali. Z czasem i ich ubędzie jeszcze o połowę. Tłumaczem w tym roku był pan Abraham albo pan Luis, katecheci ze wspólnoty. To pierwsze spotkanie było dla mnie zapoznaniem się z realiami życia prawdziwej Afryki.


Wioska w północnym Kamerunie to kilka do kilkudziesięciu zagród otoczonych szczelnie płotem z plecionej słomy (seko) albo glinianym murem (z potopotu}. W niektórych regionach mur ten był zrobiony z kładzionych kamieni, a ten był często siedliskiem węży, jaszczurek czy innych gadów. W centrum wioski stał budynek murowany, w którym znajdował się magazyn z fabryki Sodycoton (Fabryka oczyszczania bawełny), w którym znajdowało się: ziarno bawełny na zasiew, nawozy, narzędzia itp. Drugim kluczowym budynkiem była kaplica lub meczet, często w tym regionie zbudowany ze seka i kryty słomą, rzadziej, z potopot i kryty blachą. Ludzie w zależności od plemienia budowali chaty (kazy) okrągłe lub na planie kwadratu z potopot, kryte słomą szczelnie plecioną. Dach taki był reperowany co roku, a zmieniany co dwa lub trzy lata. W każdej zagrodzie znajdowała się osobno kuchnia i schronienia dla zwierząt. Ilość kaz zwiększała się w miarę dorastania chłopców, którzy najczęściej sami budowali sobie dom. Dziewczynki nie musiały, gdyż często w wieku od 14-16 lat opuszczały rodzinną zagrodę wychodząc za mąż. Na terenie wioski widziałam jeszcze jak kobiety tradycyjnie na kamieniu ucierały ziarno na mąkę, jak miażdżyły przyprawy czy orzeszki w drewnianym moździerzu.


   Po tym pierwszym spotkaniu w kaplicy ze wspólnotą z Mboucma i sprzedaży leków udałam się na drugi koniec wioski na obiad. Za mną jak cień szło dwoje ludzi: Martine i Thomas. Jak się okazało mieli osobisty problem do rozwiązania i to właśnie mnie chcieli poprosić o pomoc. Martine skarżyła się na swego męża, że jest leniwy, a on na nią, że nie chce mu robić prania. Sytuacja pozornie groteskowa. Dla tych ludzi był to zaś poważny problem, który mógł zaważyć na stabilności ich małżeństwa. Dla mnie problem ten był o tyle trudny, że nie znałam mentalności tych ludzi. Opierając się tylko na zasadach moralności chrześcijańskiej starałam się uspokoić zwaśnionych małżonków. Problem z biegiem lat pogłębiał się.

 

 

Spotkanie modlitewne Grupy Kobiet Miłosierdzia

 


 Martine, przewodnicząca grupy Kobiet Miłosierdzia, starała się dobrze wypełniać swoje obowiązki rodzinne. Niestety, jej mąż Thomas nawet w najbardziej gorącej porze, gdy trzeba było orać, siać i uprawiać, większość pracy zrzucał na swoją małżonkę. Drugim problemem bardzo ważnym był fakt, że Martine nie mogła mieć dzieci.


 Upłynęło może trzy lata od mojego pierwszego spotkania z tą rodziną, gdy powrócił problem Martine i Thomasa. Tym razem sprawa była poważniejsza. Thomas przygarnął do siebie swego dawnego przyjaciela. Mężczyzna ten pracował u niego kilka miesięcy. Naiwny mąż nie zauważył nawet, jakim uczuciem zapałała do jego przyjaciela Martine, jego żona. Gdy Thomas wyruszył w miesięczną podróż, był to dla pary kochanków dobry moment by uciec z domu. Dla Martine ta ucieczka była fatalna w skutkach. Zaślepiona uczuciem zaszła z kochankiem w ciążę. W tym samym czasie Thomas wrócił do domu i nie zastał swej żony. Wypytując sąsiadów rozumiał, co zaszło. Thomas mimo swej naiwności i lenistwa kocha żonę i nie pragnie niczego, jak tylko ją odnaleźć. Po krótkim dochodzeniu dowiadział się, że żona ciężko chora i opuszczona przez swego kochanka znajduje się w odległym o 30 km w Rey-Bouba. Wypożyczył motor i przywózł ją do wioski.

 

Dla Martine był to ostateczny moment. Będąc bowiem w drugim miesiącu ciąży pozamacicznej dostała krwotoku, ale obumarły płód powoli zatruwał cały organizm. Opatrzność sprawiła, że w tym samym czasie miałam kolejne spotkanie w tej wiosce. Nie pozostało nic innego do zrobienia, jak umierającą prawie Martine zawieść do szpitala w Tcholliré. A jakby nieszczęść nie było dość, w tym czasie w szpitalu nie było prądu, a czas naglił, ważna była każda minuta.. Przez 48 godziny nie można było operować. Martine potrzebna była krew. Nie wystarczyła krew męża. Lekarze gorączkowo poszukiwali odpowiedniego dawcy. Włączyłam się także do tych poszukiwań. Udałam się najpierw do znajomych nauczycieli, ale niestety, nie było odważnego dawcy. Udałam się więc do uczniów, Bogu dziękować, zgłosiło się dwóch. W tym czasie swoją krew oddał diakon Gabriel Housseni, pełniący u nas staż. Wreszcie włączyli prąd. Operacja udała się.

 

Po operacji odwiedziłam bardzo osłabioną Martine w szpitalu. Na zewnątrz był prawie 50 stopniowy upał. W sali pooperacyjnej nie było ani klimatyzacji, ani nawet wentylatora. Thomas ze łzami radości wpatrywał się w swoją żonę, odganiał muchy i wachlował ją, by jej choć trochę ulżyć. W jego oczach nie było krzty wyrzutu tylko miłość do żony. Gdy Martine doszła do zdrowia, zrezygnowała z udziału w grupie Kobiet Miłosierdzia, gdyż jak mówiła „czuła się niegodną”. Martine pozostała cichą żoną, która wraz z mężem ciężko pracuje na życie. Thomas poznał, jak kruche jest zdrowie jego żony i pomaga jej w różnych pracach.

 

Byłam i nadal jestem pod wrażeniem tak ogromnej, przebaczającej miłości człowieka prostego i nieuczonego. Inspiracją tej miłości mógł być tylko Bóg-Miłosierdzie Nieskończone.

Katecheza dla 3 religii


Z katechezą do liceum w Tchollire chodziłam zawsze z radością. Młodzież kameruńska chętnie słuchała Dobrej Nowiny. Początkowo miałam katechezę tylko w pierwszych trzech klasach gimnazjalnych. W tych pierwszych latach chodziła na nią młodzież w wieku od 16 do 20 lat. Z czasem, kiedy nauka stała się bardziej dostępna,młodzież w młodszych klasach liczyła już tylko od 12 do 14 lat. Mimo że katecheza miała miejsce w najgorętszej porze dnia, to nie miałam większych problemów skupić ich uwagi na Osobie Jezusa Chrystusa. Ewangelia była po prostu potrzebą ich serca. Niestety, wzrost sekularyzacji przez łatwiejszy dostęp do mediów i w Afryce psuje ten naturalny pęd do poszukiwania Boga.

 


Pewnego dnia przyszłam do liceum i nie zastałam mojej klasy. Pisali sprawdzian trimestralny. Miałam więc tzw. okienko. Usiadłam sobie w cieniu na powalonym pniu i czekałam na następną klasę. Po chwili zainteresowały się mną trzy dziewczynki. Nie znałam ich, więc pomyślałam, że są z innych religii. Niewiele się pomyliłam. Jedna z nich co prawda była katoliczką, ale chyba nie uczęszczała na katechezę. Druga była protestantką a trzecia muzułmanką. Usiadły koło mnie w swych niebieskich mundurkach i poprosiły, abym opowiedziała im coś o Panu Jezusie. Cóż można opowiedzieć o Chrystusie mówiąc równocześnie do wyznawców trzech różnych religii? Zaczęłam więc od Zwiastowania i Narodzenia Pana Jezusa. Mówiłam obrazowo starając się nie obrazić żadnej z religii. Dziewczynki te były dla mnie duchowym obrazem Kamerunu. Kraj ten to zlepek ponad dwustu plemion wyznających pierwotnie swoje bóstwa. Z czasem od południa kraju przybywają katolicy i protestanci, a od północy islam. Kamerun nauczył się współżyć z tymi trzema religiami, choć nie jest to sprawa łatwa.

 

 

 

Jeden z wielu meczetów

 


Islam, mimo że nie w swej skrajnie fundamentalnej postaci, próbował nieraz w ciągu historii jak i obecnie objąć swoimi wpływami cały kraj. Udało mu się to w dużej mierze na północy kraju, ale i tak ekspansja religii chrześcijańskich jest tu duża. Obecnie islam walczy nie przemocą i siłą, ale podstępem: na przykład: młodzi muzułmanie rozkochują w sobie dziewczęta chrześcijańskie, a te wyobrażając sobie lepszy byt porzucają chrześcijaństwo dla ”dobrobytu”.

 


I tutaj nasuwa mi się historia Julienne z Mandama. Dziewczyna osierocona we wczesnym dzieciństwie, była wychowywana przez swoją ciotkę muzułmankę. Wolą jednak zmarłej matki Julienne było, aby jej córka została ochrzczona i otrzymała wychowanie chrześcijańskie. Julienne zostaje więc przyjęta do internatu prowadzonego przez nasze Siostry w Mandama. Wola zmarłej Matki została spełniona. Po ukończeniu szkoły podstawowej Julienne, już prawie dwudziestoletnia panna, zostaje zatrudniona przez Siostry w tamtejszym przedszkolu. Dziewczyna stopniowo nabierała doświadczenia i byłoby wszystko w porządku, gdyby nie upatrzył sobie jej jeden młody mężczyzna – muzułmanin. Przyjeżdżał co dzień pod przedszkole na swoim motorze, zabierał Julienne na tańce i inne przyjemności. Dziewczyna zaczęła wracać do swego domu nad ranem, zaczęła spóźniać się do pracy, stała się arogancka itp. Nie pomagały rady przyjaciół, rozmowy z siostrami, a nawet kategoryczny sprzeciw własnej ciotki. Tuż przed Bożym Narodzeniem dowiedziałyśmy się, że Julienne przeszła na islam i uciekła z domu do swojego męża. Była jego drugą żoną. Jak wiemy z relacji innych Julienne nie jest łatwo. Musi ciężko pracować, a jej małżonek nie jest jej wierny. Niestety ambicja i strach nie pozwalają Julienne wrócić ani do rodziny, ani na łono Kościoła.

 


Innym przykładem podstępnego zdobywania wyznawców jest pan Rasav. Pochodził on z pogańskiej rodziny, w której większość dzieci z czasem została ochrzczona. Nasz bohater jak i inni z jego rodziny z przyjemnością chodził na misję, gdzie biali Ojcowie mówili o Panu Jezusie i częstowali cukierkami. Na misji otrzymał imię Henri. Mały Henri rósł i chciał iść do szkoły, a na to w rodzinie nie było pieniędzy. Znalazł się, więc „dobry” wujek muzułmanin, który opłacił studia i w ten sposób  wprowadził go w środowisko muzułmańskie. I tak Henri stał się muzułmaninem i przyjął imię Rasav. Obecnie jest wysoko postawionym urzędnikiem w pałacu prezydenckim w Yaunde. Kiedy Pan Rasav przyjeżdża do swej rodzinnej miejscowości, z przyjemnością przychodzi na Misję i nas odwiedza. I wielu jest jemu podobnych, którzy porzucili wiarę dla wykształcenia i dobrej pozycji.

 

 

Nasi sąsiedzi muzułmanie w  Ngaoundéré

 


Jeśli chodzi o protestantyzm, to przyciąga młodych ludzi „łatwością” wiary. Nie wymaga się tam tyle nauki czy innych przygotowań, by zostać ochrzczonym. Ludzie niejednokrotnie nie znając różnic idą za tym, co łatwiejsze i mniej wymagające.

 

Katolicyzm zaś przyciąga powoli i systematycznie. Wiara nasza jest ciągle oczyszczana w konfrontacji z tradycją, poligamią, wygodą i łatwym bogactwem, jakie ofiaruje świat w zamian za wartości. Mimo że mnożą się też sekty europejskie czy afrykańskie, rozwój Kościoła jest bardzo widoczny i przynosi owoc w postaci rodzimych powołań kapłańskich i zakonnych.
  

 

Trzy dziewczynki, które prosiły: „mów nam o Jezusie”,

są obrazem współistnienia trzech religii w zgodzie i pokoju.

TO JEST MOŻLIWE!!!

Issa


Issa w języku foulfoulde znaczy Jezus. Jest to często spotykane imię w środowisku muzułmańskim. Dla muzułmanina Jezus jest jednym z mniejszych proroków, więc nie przeszkadza im brać tego imienia za własne. Moja znajomość z Issa zaczęła się w dniu, kiedy byłam odwiedzić naszych chorych w szpitalu. Przechodząc koło aptecznego okienka usłyszałam, jak z kasety płynęło opowiadanie o życiu świętego Dominika Savio. Zaskoczyło mnie to o tyle, że aptekarz był muzułmaninem. Po kilku dniach spotkałam Issa, jak szedł do pracy, zatrzymałam go i spytałam o kasety, które słucha. Zaraz zaproponował mi pożyczenie wszystkich kaset zawierających  treści chrześcijańskie. Dostał je od jakiegoś handlarza z targu. Były tam między innymi kasety z muzyką religijną i opowiadania dla dzieci o życiu różnych świętych. Oddając kasety spytałam: Issa, dlaczego słuchasz katolickich treści? Czy twoja wiara na to ci pozwala? Odparł z uśmiechem: Czyż wiara może mi zabronić słuchania treści, które ubogacają i pogłębiają sens mojego życia?

 

W późniejszym czasie przyszło mi wiele razy współpracować z Issą, gdy byłam przez pół roku odpowiedzialną za naszą katolicką aptekę. I muszę przyznać, że mogłam na nim zawsze polegać. Przed wyjazdem na urlop do Polski Issa przyniósł mi sześć ozdobnie wypalanych kalebasów (tykwa: roślina, z owoców której w Afryce robi się naczynia do picia) mówiąc: Powieś to sobie w Polsce na ścianie, abyś za każdym razem, gdy na nie spojrzysz, wiedziała, że masz wrócić do Kamerunu. My tu czekamy. Był to dla mnie wzruszający moment. Szczególnie, że słowa te wypowiedział muzułmanin, dla którego praktycznie nie miałam znaczenia i nic ode mnie nie oczekiwał. Gdy odchodziłam z Tchollire wiedziałam, że zawsze będę w jego życzliwej pamięci. Zaskoczył mnie bardzo fakt, że Issa zachorował na AIDS. Wiedziałam, że ma dwie żony i że z jego wiernością różnie bywało, ale takiego końca się nie spodziewałam. Nie zdążyłam go odwiedzić. Odszedł w ciągu kilku miesięcy. Czy poznane wartości pomogły mu w odejściu do swego Boga Allaha, nie wiem, ale wierzę, że spotkamy się po tamtej stronie.

 


Z chorobą AIDS spotykałam się dość często w mojej posłudze misyjnej. Po raz pierwszy było to chyba w wiosce Souay. Młody mężczyzna, często kupował u mnie lekarstwa na ameby i biegunkę. Tłumaczył mi, że jego żona ciągle na to cierpi. Z czasem zaniepokoił mnie stan zdrowia tej pacjentki. Na dodatek jej mąż nie chciał mnie do niej dopuścić, więc powiedziałam, „że jej nie pomogę, jeśli jej nie zobaczę”. Miała na twarzy wykwity typowe dla tej choroby w odmianie skórnej. Zmieniłam leczenie, lecz niestety za późno. Za niespełna miesiąc odeszła. Na szczęście jej synek, wtedy może dwuletni, nie odziedziczył choroby po matce.

 


Innym typowym przykładem zachorowania na AIDS w odmianie płucnej był młody mężczyzna, który często przychodził do apteki skarżąc się na bóle gardła. Lekarze ciągle zmieniali mu antybiotyki, ale to nic nie pomagało. Poradziłam mu, aby zrobił wymaz w Centre Pasteur w Garoua (Oddział słynnego Laboratorium z Paryża, gdzie przeprowadza się Badania medyczne). Przyszedł mi jeszcze podziękować za radę. Czuł się lepiej, gdyż po badaniach podano mu odpowiednie leki. Nie minął miesiąc, gdy wracając z Ngaundere, gdzie byłam na zastępstwie, zauważyłam wielką manifestację. Był to pogrzeb tego mężczyzny, który, jak się okazało, był szefem firmy przewozowej w Tchollire.

 


Smutne jest to, że choroba AIDS nadal dziesiątkuje Afrykę. Gdy zaczynałam pracę w Tchollire zarażonych było w tych okolicach 7-8 %, gdy zaś kończyłam tam pracę procent ten wzrósł do 15. Czy naprawdę tym ludziom mają pomóc rozdawane darmowo ”zabezpieczenia”?! Nie! i o tym mówią przedstawiciele wszystkich religii i nieskorumpowani lekarze. Tylko wierność, wstrzemięźliwość i czystość przedmałżeńska uchroni ludzkość od tej choroby. Taki jest głos rozsądku.

Człowiek zwany Kameruńczykiem

 

Gilbert był znany na misji już kilka lat przed moim przyjazdem do Tchollire. Mężczyzna ten może trzydziestoparoletni paroletni zwracał na siebie uwagę sposobem chodzenia, gdyż miał nogi zrośnięte pod kolanami, nie wzbudzał zaufania ani sympatii. Gdy przybył na Misję nie nosił jeszcze chrześcijańskiego imienia. Nazywałyśmy go po prostu „Człowiek zwany Kameruńczykiem” (l`homme Camerounais po francusku). Gilbert od najmłodszych lat cierpiał na padaczkę. Jego rodzina, chyba pogańska, miała sporo z nim kłopotu. Kiedy więc wpadł do ogniska i poparzył sobie nogi, nikt z rodziny nie zadbał, aby nogi się rozkurczyły, i tak Gilbert chodził zawsze w kucki. To trochę sprzyjało jego leniwej naturze. Szybko uciekł z domu i nauczył się żebrać. Siostry próbowały go wywieźć do rodziny, aby nauczył się żyć z uprawy pola, ale ta nie chciała go znać. Wrócił szybko do Tchollirè, gdzie stał się nieodłączną wizytówką tego miasta.

 

Gdy na Misji zjawiła się SM. Ezechiela, w porozumieniu z miejscowym lekarzem próbowała mu pomóc, tak by mógł stanąć na własnych nogach i być samodzielnym. Potrzebna była tylko mała operacja. Po obliczeniu kosztów Dzieci Cop–Monde (katolicka organizacja dziecięca) nazbierały potrzebne pieniądze. Gilbert znalazł się w szpitalu. Wydawało się, że teraz wszystko pójdzie łatwo. Niestety, w przeddzień operacji Gilbert uciekł ze szpitala i na kilka miesięcy zapadł się jak kamień w wodę. Ponieważ nigdy nie był nauczony pracy, wykalkulował sobie, że gdy stanie się pełnosprawnym, już nikt mu nie pomoże,. Gilbert wrócił do Tchollirè mniej więcej w tym samym czasie, kiedy ja przybyłam po raz pierwszy. Znów wałęsa się po targowisku i żebrze, a niekiedy coś podkradnie. Gdy na misję przyjeżdża nowy proboszcz Ojciec Ludwik Stryczek OMI, Gilbert staje się u niego częstym gościem i regularnie dostaje jeść. Wkrótce zamieszkuje w garażu Ojca. Siostry dają mu regularnie lekarstwa na epilepsję, więc stan jego zdrowia stabilizuje się.

 

Gilbert, mimo że nie wygląda na osobę inteligentną, to śledził pilnie to, co się w Kościele dzieje. Wreszcie i On sam dostaje medalik jako katechumen, choć wiedzieliśmy, że nigdy nie będzie mógł pojąć prawd wiary. Podczas każdej ceremonii udzielania chrztu św. z zazdrością patrzył na tych obleczonych w białe szaty. Ale cóż, nie był zdolny pojąć, co to właściwie jest. Jego serce tęskniło jednak za tym czymś, a może Kimś, czego nie potrafił zrozumieć. Podczas pierwszego urlopu proboszcza w Polsce, Gilbert przechodził kryzys – był agresywny, nie chciał brać lekarstw. Było zimno, więc znosił dość dużo drzewa i palił wielkie ogniska, co przy podmuchach wiatru stało się zagrożeniem dla misji, szczególnie, że „z mieszkaniem”, Gilberta graniczył magazyn z paliwem. Rada parafialna zdecydowała więc wybudować mu namiot obok bramy i tam przenieść jego rzeczy. Spodobał mu się ten pomysł, szczególnie że był to jego jakby prawdziwy dom. Gilbert mieszkał w tym namiocie tylko kilka miesięcy.

 

Pierwszy poważny atak epilepsji znów wrzucił go w ogień. Tym razem poparzył tylko rękę. Wspólnymi siłami wyleczyłyśmy go z tego poparzenia. Zwiększyłyśmy dawkę lekarstw na epilepsję. Rany się jeszcze nie zabliźniły, gdy pewnego razu Gilbert przyszedł do nas z rozpaczą w oczach. Był jedną raną: twarz, ręce i klatka piersiowa były poparzone. Zaraz poszedł do szpitala, gdyż nasza pomoc była niewystarczająca. Jeszcze do teraz widzę jego oczy ufne, że znów u nas otrzyma pomoc. Mimo iż w szpitalu szybko podano mu antybiotyk, Gilbert zaczął gasnąć w oczach. Jak się okazało lekarz zbagatelizował jego stan i nie podał mu leku przeciwtężcowego. Nie pomogła interwencja naszej s.M. Ezechieli, która przybyła do nas na kilka dni. Już było za późno. Została jeszcze kwestia chrztu. Wiedzieliśmy, że Gilbert bardzo go pragnął, więc otrzymał go z rąk kleryka Simon Temga w przeddzień śmierci. W noc, gdy Gilbert konał, s.M. Cèline miała sen: Przyszedł do niej Gilbert w białej długiej szacie, szczęśliwy, na wyprostowanych nogach, jakby chciał powiedzieć: dziękuję.

 


Smutny jest koniec tej historii. Jak samotnie Gilbert żył na świecie, tak nawet po śmierci nikt z rodziny do niego się nie chciał przyznać. Gilbert odrzucony przez swoją rodzinę naturalną znajduje nową – Kościół Chrystusowy, który dba o Niego podczas choroby, sprawia Mu godziwy pochówek, odprawia mu trzydniową żałobę przez wspólną modlitwę o spokój Jego duszy. Gilbert – człowiek zwany Kameruńczykiem nadal pozostaje w życzliwej pamięci tych, którzy Go znali. Pokój Jego duszy.

Walka o kaplicę w Rey-Bouba


 Rey-Bouba jest stolicą Lamidatu, zarządzanego przez tradycyjnego „kacyka” Lamido.( W Kamerunie istnieje władza oficjalna z ustrojem demokratycznym Prezydent i Parlament oraz władza tradycyjna o ustroju monarchicznym Królestwa - Lamidaty, Król Lamido.) Jest to największy w Kamerunie lamidat, którego władca długie lata nie liczył się z panującym demokratycznym rządem. Przez swe struktury i silne oddziaływanie na ludzi, które są często wbrew prawu, można go nazwać” państwem w państwie”. Nic na tym terenie nie może się dziać, budować... bez wiedzy króla. Najgorsze jest jednak to, że słudzy Lamido dogari jak i jego ministrowie działający w terenie pozwalają sobie więcej niż wola króla zadecyduje.

 


Łaskawość króla przyznała naszej misji duży teren, gdzie chrześcijanie wybudowali kaplicę ze słomy i gdzie zbierali się na katechezę, modlitwy czy spotkania. W trzecim roku mojego pobytu w Tchollire Lamido pozwolił na wykopanie studni, czego wkrótce żałował i którą dogari szybko zakopali, a przecież rok wcześniej król łaskawie przyjął przyjaciół misji z Austrii, którzy dla naszych chrześcijan zobowiązali się zbudować kaplicę z cegieł. Niestety, humor króla szybko się zmienił, gdy to właśnie oni mieli odwagę zarzucić królowi i jego sługom, że postępują źle gnębiąc lud na tym terenie. Ponieważ sprawa była delikatna, Lamido postanowił walczyć z katolikami swymi ukrytymi metodami.
Najpierw z powodu wyborów prezydenckich widząc, że nastroje ludu w tym sektorze, w większości katolickim, są przeciw kandydaturze, na którą król kazał głosować, zabronił uprawy sorgo (podstawa wyżywienia na porę suchą dla plemienia Toupouri zamieszkującego w większości sektor Rey-Bouba). Ludzie, którym strach przed głodem zajrzał w oczy posłusznie głosowali na podaną kandydaturę.

 


Od stycznia 1998 roku w samej stolicy lamidatu rozpoczęło się oficjalne prześladowanie katolików. Czy za wiedzą Lamido czy też nie, tego nie wiadomo. Nasza parcela, która 8 lat wcześniej została parafii oficjalnie przyznana przez państwo, została podzielona i sprzedana po śmiesznie niskiej cenie. Szybko pojawiły się też zarysy budynków z gliny. Nawet wokół czterometrowego krzyża betonowego obok kaplicy zaczęto stawiać murek. Postawiono 2 hangary ze słomy, gdzie dogari spędzali nawet noce czuwając, aby nikt nie przychodził tam się modlić. Jedynym autorytetem w tym czasie, który wzbudzał w nich lęk, był nasz ojciec proboszcz Ludwik Stryczek. choć za Jego plecami robiono z chrześcijanami, co się im rzewnie podobało.

 


Początkiem lutego, mimo napiętej sytuacji, pojechałam na spotkanie ze wspólnotą. Przyjeżdżając do Rey Bouba przed ósmą rano nie zastałyśmy dogari, tylko kilku naszych chrześcijan, przeważnie młodzież. Widząc, że okolica jest spokojna, siostry wyruszyły w dalszą drogę. Weszłam do kaplicy, gdzie wszystko było w najlepszym porządku. Po krótkiej modlitwie  i oczekiwaniu na zewnątrz na resztę wspólnoty. W tym czasie przyszedł młody człowiek z taczką, wiadrami i łopatą. O godzinie 8.30 weszliśmy wszyscy do kaplicy, gdzie modliliśmy się różaniec czekając aż inni dojdą. Przy rozpoczęciu katechezy było około 20 młodych ludzi i 3 dorosłych. Podczas katechezy zaczęli przychodzić pierwsi dogari. Wkrótce przyszedł katecheta z sąsiedniej wioski pan Pierre. Katecheta z Rey-Bouba zastraszony przez dogari już więcej w kaplicy się nie pokazał. Pan Pierre poinformował mnie, że dogari zatrzymali grupę chłopców, którzy szli na katechezę. Wyszłam z kaplicy, aby pomóc chłopcom, ale nie dostrzegłam ich. Byli zbyt daleko. Za to na placu było już 4 mężczyzn. Prawdopodobnie byli to dogari. Wróciłam do katechezy, a pan Pierre usiadł przy wejściu, by poinformować mnie o ewentualnych trudnościach. Nie musiałam długo czekać. Za około 3 minuty grupa chłopców zbliżała się do kaplicy. Wyszłam na zewnątrz z Pierre, zbliżyłam się do grupy i poprosiłam, aby odważnie weszli do środka. Chłopcy słysząc słowa dogari mówiących po foulfoulde, a zabraniających im wstępu do kaplicy, których z kolei ja nie rozumiałam, byli zdezorientowani. Zachęciłam więc ich powtórnie. W tym momencie dogari zwrócili się do mnie, że nie mam prawa gromadzić się tutaj z młodzieżą. Wyraziłam moje zdziwienie. A oni, że to z rozkazu króla. Udając jeszcze większe zdziwienie powiedziałam, że to z pozwolenia króla się gromadzimy i jak na razie nie mieliśmy żadnego dokumentu, w którym by nam tego zabronił. A ja nie mogę wierzyć byle  komu, kto by mógł nadużywać autorytetu króla. Wśród zgromadzonych dogari znajdował się mały, stary człowiek, którego nazywano właścicielem naszego terenu. To on z krzykiem i wymachiwaniem rąk kazał nam się wynosić. Kiedy próbowałam jeszcze negocjować powiedział mi, że przyjeżdżając do królestwa Rey-Bouba, mimo że jestem biała muszę nauczyć się słuchać. Sytuacja pogarszała się z minuty na minutę. Nie pozwolono nam nawet dokończyć katechezy pod drzewem. Aż do kaplicy towarzyszyły nam krzyki nowego właściciela. Ucichły dopiero wtedy, gdy uczyniliśmy znak krzyża, aby rozpocząć krótką modlitwę za prześladowców. Po modlitwie opuściliśmy kaplicę. Jedna z kobiet chciała zamknąć wejście do kaplicy, gdy jeden z dogari z nożem w ręku rozkazał jej, by tego nie czyniła. Jednak kobieta odważnie zamknęła wejście. Na odchodnym dogari zagrozili nam, że zburzą kaplicę. Katechezę w tym dniu zakończyłam po drugiej stronie miasta na skrzyżowaniu, czekając na przyjazd sióstr.

 

Po przyjeździe na misję opowiedziałam wszystko Ojcu. Postanowiliśmy nie rezygnować na razie z pracy pastoralnej w tej wspólnocie. 28 lutego, w czwartek po Środzie Popielcowej pojechałam z Ojcem do wiosek, w których odprawiał Mszę świętą, posypywał głowy popiołem...Wyjazd ten był także dla mnie okazją do odwiedzenia chrześcijan w Rey-Bouba. Zaraz po naszym przyjeździe do kaplicy spostrzegliśmy, iż mamy „gości”. Na nasze spotkanie wyszło około dziesięciu dogari, którzy wcześniej pilnie pracowali przy pleceniu dachu na ich nowo zbudowaną kazę. Po przywitaniu się z nami kilku z nich zaraz odeszło w stronę miasta, dwóch pozostało na straży.

 

Wkrótce zaczęli się schodzić młodzi chrześcijanie i tak jak poprzednio dogari starali się ich przekonać, by nie szli do kaplicy. W tej sytuacji zaważył jednak autorytet Ojca Proboszcza. Przed samą Mszą świętą pojawił się komisarz dogari, który oskarżył naszą młodzież o rozpowszechnianie kłamstwa, jakoby jeden z ich kolegów był więziony przez dogari. Poprosił nawet Ojca, aby ten pojechał i sprawdził, czy to prawda. Ponieważ Ojciec zorientował się, iż dogari zależy przede wszystkim na uniemożliwieniu odprawienia Mszy świętej, na którą zgromadziło się już około trzydziestu wiernych, nie reagował na te prowokacje i rozpoczął Mszę Świętą. Eucharystia odbyła się, lecz nie przebiegała spokojnie. Dogari zagłuszali nasze skupienie puszczoną z magnetofonu muzyką arabską, przeplataną odezwą Lamido, wzywającą wiernych do opuszczenia kaplicy. Po zakończeniu udaliśmy się na poszukiwanie Danny. Chłopak od roku mieszkał pod stałą opieką jednego dogari, który przygarnął go, gdy ten nie miał gdzie mieszkać. Do tej pory był bardzo życzliwy i tolerancyjny w stosunku do chłopca. Danny był co prawda w domu, ale od dwóch dni był stale pilnowany. Wychodził z domu tylko na przesłuchana do pałacu Lamido. Był wystraszony i roztrzęsiony. W trakcie rozmowy z chłopcem wrócił jego „dotychczasowy opiekun” wówczas rozpętała się awantura, podczas której Ojciec proboszcz mógł nawet stracić życie. Nagle nie wiadomo skąd zjawiło się około dwudziestu dogari. Wówczas opiekun wyrzucił ze swego domu Danny z całym jego bagażem. Wydawać się mogło, że sprawa jest zakończona.

 


Tymczasem kiedy chłopak wsiadł do samochódu, kilku dogari podbiegło i w brutalny sposób, szarpiąc i popychając zwlekli go z samochodu i poprowadzili do pałacu Lamido. Ojciec widząc, co się dzieje, poszedł za nim, by bronić go, nawet jeśli będzie taka potrzeba u samego Lamido. Ja w tym czasie wraz z pozostałymi chrześcijanami nieustannie odmawiałam różaniec na głos. Po około pół godziny zobaczyliśmy powracającego Ojca wraz z ocalałym chłopcem. Jak się później okazało, interwencja Ojca był niezbędna. Sąd na poziomie dogari nie zwrócił wolności chłopcu, stąd Ojciec udał się do samego Lamido, który jak zwykle w podobnych sytuacjach o niczym nie wiedział. Czy naprawdę? Teraz dopiero mogliśmy wrócić do Tchollire.Tymczasem dogari z Rey-Bouba, aby utrudnić chrześcijanom modlitwę w kaplicy, a nawet uczynić ją niemożliwą, wystawili wokół kaplicy 6 swoich domków. Tak więc sytuacja, mimo pozorów, nie została dla nas pomyślnie załatwiona. Od 12-tego marca gościliśmy w naszej parafii arcybiskupa Antoine Ntalou, który udzielał sakramentu bierzmowania naszym wiernym. 14-tego marca po Mszy świętej Kong-Rong, udaliśmy się do Rey-Bouba. Ksiądz Arcybiskup z Ojcem Proboszczem zajechali najpierw do Lamido, aby złożyć mu krótką wizytę. Okazało się jednak, iż Lamido ponoć przed dwoma dniami wyjechał na leczenie. Gdzie? - Nie wiadomo – tajemnica. Kiedy ks. arcybiskup i ojciec jechali do pałacu my, to znaczy s.M Anna Boguszewska, siostra Suzane Tongou ( obecnie s.M Agnes), brat Andre Ngoulsia OMI i ja jako kierowca udaliśmy się do kaplicy. Na nasze spotkanie wyszło około 50-ciu uzbrojonych dogari. Gdy zorientowali się, że nie ma wśród nas Księdza Arcybiskupa z Garoua, dali nam spokój. Po godzinnym oczekiwaniu nadjechał Ksiądz Arcybiskup Ntalou z Ojcem Proboszczem. „Ceremonia” powitania powtórzyła się. Na szczęście Księdzu Arcybiskupowi towarzyszył pierwszy minister Lamido, który przekonał uzbrojonych dogari, aby pozwolili Księdzu Arcybiskupowi na spotkanie z wiernymi. Spotkanie trwało 15 minut, w którym Ksiądz Arcybiskup udzielił bierzmowania sześciu wiernym. W krótkich słowach zachęcił też chrześcijan, by trwali mocno w wierze, nadziei i miłości.

 

 Po wyjściu z kaplicy, dogari usiłowali namówić Arcybiskupa, by zabronił chrześcijanom gromadzenia się i modlitw w kaplicy. Oczywiście tego nie uczynił. Jak się później okazało, Ksiądz Arcybiskup był przygotowany na podobną sytuację. Wieczorem na wspólnym spotkaniu w naszym domu w Tchollire Ksiądz Arcybiskup podzieli się z nami treścią swojej rozmowy z gubernatorem. Gubernator stanowczo odradzał wizyty w Rey-Bouba twierdząc, że to zbyt niebezpieczne, a on nie może ani zapewnić, ani wziąć na siebie odpowiedzialności za bezpieczeństwo Księdza Arcybiskupa. W odpowiedzi Ksiądz Arcybiskup powiedział „Pan wybaczy, ale muszę tam pojechać, tam są ludzie, którzy od miesięcy na mnie czekają. Nie mogę zawieść ich zaufania.” I życie potoczyło się dalej. Z opowiadań Ojca wiem, że w poranek Wielkanocny doszło do pierwszego pobicia chrześcijan, a ofiarą padła staruszka, która nawet nie zdążył dojść do kaplicy.

 


Po Wielkanocy sprawa ucichła. Chrześcijanie przenieśli się do centrum miasta, gdzie na spotkania niedzielne i Eucharystię gromadzili się na podwórku jednego z członków wspólnoty. Miejsce to było o tyle bezpieczne, że znajdowało się blisko baru, gdziekażdy może przyjść.
Przed porą deszczową z okolic Kaplicy Rey-Bouba wysiedlono wszystkich ludzi. Próbowano rękoma chrześcijan zniszczyć kaplicę, ale na próżno. Dopiero zaprószając ogień w blisko rosnących wysokich, a o tej porze roku suchych trawach, udało się dogari spalić doszczętnie kaplicę. Na pustkowiu pozostał tylko krzyż, miejsce, do którego ukradkiem niejeden chrześcijanin przychodzi się modlić. Wspólnota nadal rozwija się prężnie, choć bez swojego miejsca modlitwy.

 

Zawsze mnie zastanawiało,

jak silna potrafi być wiara w obliczu niebezpieczeństw.

I doświadczyłam na własne oczy,

ile trzeba wycierpieć dla imienia Chrystusa.