Wśród trędowatych
Wśród trędowatych

Z s. Józefą Franke rozmawia K. Szałata

 

Powołanie nie jest rzeczą łatwą. Doskonale pokazuje to wspaniały film o francuskich misjonarzach z Algierii "Ludzie Boga". Każdy zakonnik, bohater filmu dojrzewa do przyjęcia powołania inaczej, bo przecież każdy człowiek jest inny. A jak to było z Siostrą?

 

– To było dosyć proste. Kiedyś, gdy byłam jeszcze w 3 klasie liceum przyjechała do nas na katechezę jedna z naszych sióstr. Od tego momentu coś obudziło się w moim sercu. Szybko nawiązałam kontakt ze Zgromadzeniem Sióstr Służebniczek NMP i do matury czekałam już tylko, by stać się służebniczką.


– Posłannictwem zgromadzenia „jest miłość służebna, zwłaszcza wobec dzieci, młodzieży żeńskiej, ubogich i chorych". Czy idąc do klasztoru, spodziewała się Siostra, że będzie pracować wśród ludzi chorych na trąd, którzy są symbolem najokrutniejszego cierpienia, na dodatek wśród muzułmanów i animistów?


– Absolutnie nie. Gdyby ktoś mi powiedział kilka lat temu, jak będzie wyglądało moje życie, nie uwierzyłabym. Nie myślałam, że taki mógłby być Boży plan względem mojej osoby. Dobry Bóg wybrał dla mnie Kamerun, Mokolo i trędowatych! Jestem Mu za to wdzięczna i proszę Go również o łaski, które są mi potrzebne, by z radością i prostotą im służyć. Tylko jedna trzecia trędowatych w wiosce to chrześcijanie, pozostali to animiści i muzułmanie wierzący w swojego Boga. Różnorodność wyznań, której doświadczam jest wezwaniem do dawania autentycznego świadectwa i modlitwy, wezwaniem do życia w pokoju i wzajemnej solidarności. W naszym Centrum Rohana Chabot, który powstał w 1973 r. mamy ośrodek zdrowia oraz cały kompleks budynków: sale szpitalne, rehabilitacja, przedszkole, biblioteka, warsztat, gdzie robi się obuwie i protezy itd. Na dzień dzisiejszy wioska liczy 72 podopiecznych żyjących samotnie lub ze swymi rodzinami.


– W ciągu ostatnich lat w wielu krajach misyjnych obserwujemy wzrost antychrześcijańskich ruchów, które utrudniają, a czasem uniemożliwiają codzienną posługę potrzebującym pomocy, tym, którzy często mogli liczyć tylko na pomoc misjonarzy. Czy dotyczy to również Kamerunu?


– Tu, gdzie jestem na północy Kamerunu, nie zdarzają się jakieś trudne czy niebezpieczne sytuacje. Ale nie można zapominać, ze znajdujemy się tylko 25 km od granicy z Nigerią, gdzie relacje miedzy chrześcijanami i muzułmanami (głównie z ugrupowania Bokoharam) są bardzo trudne. Obserwuje się za to wzrost liczby sekt. Dodatkowo wierzenia przodków, magia wpływają na poszczególnych ludzi i całe społeczeństwo komplikując często naszą posługę i pracę.


– Kiedy przed laty Raoul Follereau razem z siostrą Eugenią ze Zgromadzenia Matki Bożej od Apostołów obmyślał plan wielkiej akcji przywrócenia do życia ludzi uważanych za umarłych za życia trąd był chorobą nieuleczalną. Ale wiedział dobrze, że trędowaci bardziej niż lekarstw potrzebowali znacznie głębszej terapii, którą, jak mówi legenda, stosował św. Marcin, lecząc trędowatych pocałunkiem. Czy dziś ta terapia straciła na ważności, czy chorym wystarczą same antybiotyki?


-To bardzo ważna terapia. Mam kontakt z chorymi, którzy niosą konsekwencje trądu: poważnie uszkodzony wzrok, często ślepota, oszpecone ciało, brak kończyn itd. W ich obecnym stanie lekarstwa nie przyniosą utraconego zdrowia. To czego najbardziej potrzebują to akceptacji, wysłuchania, zrozumienia, poświęconego dla nich czasu i zainteresowania. Te postawy są jak pocałunek, który potrafi uszczęśliwić człowieka cierpiącego. To najlepsze "antybiotyki", których nie kupi się w aptece!


- Przez całe stulecia trędowaci znajdowali pomoc ze strony najodważniejszych misjonarzy i misjonarek, którzy potrafili dzielić się miłością Boga, której sami doświadczali w swym powołaniu do życia konsekrowanego. Jak siostra widzi swoją posługę w kontekście swego zakonnego powołania.


-To, co najbardziej podoba mi się w postawie Jezusa, to jego bycie sługą dla innych. Ogołocił samego siebie i przyjął postać sługi. Bycie i posługa wśród trędowatych daje mi ku temu wiele okazji. Tu nie można żyć inaczej jak służąc drugim. Tu nie warto zajmować się czymś innym w obliczu bezradności i cierpienia drugiego człowieka. To trędowaci, ludzie bardzo nieszczęśliwi, bo dotknięci przez najokropniejszą chorobę na świecie - jak powszechnie się uważna - uczą mnie że w życiu proste gesty jak pozdrowienie, dobre słowo, zatrzymanie się, uśmiech, wysłuchanie itd. mają OGROMNA WARTOSC. Okazują się najistotniejsze i bardzo ważne. O wiele bardziej ważniejsze niż posiadanie dóbr materialnych, stanowisk, zrobienia kariery zawodowej - to za czym dziś goni świat. Oni zarażają swoja otwartością, pogodą ducha i radością.


- Praca wśród trędowatych, to nie tylko trudne chwile, czas spędzony na opatrywaniu źle gojących się ran, zabieganiu o to, by podopieczni ośrodka Chabot mieli co jeść i w co się ubrać. Z pewnością w waszej wielkiej "rodzinie" przeżywacie również radosne wydarzenia. Co takiego wydarzyło się w ostatnim roku?


-Trędowaci otrzymali nowy samochód. Ułatwiło nam to wyjazdy na niedzielna Eucharystię do oddalonego o kilka kilometrów kościoła parafialnego, organizowanie konsultacji okulistycznych i chirurgicznych. Wyjeżdżając byliśmy już spokojni, że samochód nie popsuje się po drodze i bez przeszkód wrócimy do domu. W tym roku chcemy zgalwanizować wyjazdy do ich rodzinnych wiosek. W dowód wdzięczności ofiarowali nam dużą miskę jajek. Śmiałyśmy się, że zwiększy się nam poziom cholesterolu. Poza tym nowe narodziny dzieci, chrzest Piotra Jegue, trędowatego staruszka u schyłku wieku. Szczęśliwie dotarły do nas paczki z polarami wysłane z Polski. To duża radość, bo w grudniu i styczniu chorym nie było zimno. Dzięki polarom zmniejszyła się też liczba oparzeń. Trędowaci nie muszą się ogrzewać przy ogniu. Zakupiliśmy wystarczającą na cały nowy rok liczbę worków czerwonego milu, umocnili zniszczone przez deszcz zabudowania, naprawili drzwi, zbudowali latryny dla tych, którzy ich nie posiadali. Ogółem zwyczajne działania, ale w tutejszych warunkach bardzo potrzebne i konieczne. Chorzy maja się lepiej, ich jakość życia uległa poprawie i to bardzo nas cieszy.


- Mimo niekwestionowanego postępu w walce z trądem liczonego w milionach wyleczonych osób, wciąż tu i ówdzie, zwłaszcza w najuboższych krajach pojawiają się nowe ogniska choroby. Niestety od kilku lat liczba nowych przypadków trądu nie zmniejsza się. Czy można przyczyny takiego stanu rzeczy szukać w pewnej demobilizacji sił i środków spowodowanej chwilowym zachwytem nad sukcesem?


-W Kamerunie liczba nowych zachorowań bardzo zmniejszyła się. Działania służby zdrowia, są rzeczywiście uśpione. Powszechnie mówi się że nie ma trądu. Taka jest polityka państwa i takie są jej założenia, by na arenie światowej Kamerun nie widniał na liście państw dotkniętych trądem, który jest synonimem ubóstwa. Rzeczywistość przedstawia się inaczej. Nie można jednak być pewnym, że ta choroba nie wróci. Tu i owdzie mówi się o pojedynczych przypadkach nowych zachorowań. Ludzie, którzy kilkadziesiąt lat temu zachorowali na trąd, mimo wyleczenia, do dnia dzisiejszego noszą skutki przebytej choroby i poważnie cierpią nie są uwzględniani przez państwo. Są najczęściej zapomniani i pozostawieni samym sobie. Na przestrzeni tych kilku lat widzę jak skutki wyleczonego już trądu pogłębiają się: byli trędowaci tracą wzrok a w niektórych przypadkach musimy podejmować decyzje o amputacji kończyn. Choroba ta nadal występuje, wciąż pojawiają się nowe przypadki. Wiemy ze jest to choroba która niszczy organizm, ale także rujnuje psychikę człowieka, co skutkuje problemami na poziomie życia społecznego. Wiem, że bez naszej pomocy ci ludzie nie byli by zdolni samodzielnie żyć. Mimo, że warunki są trudne, ziemia nie jest urodzajna starają się mimo swego często inwalidztwa pracować na polu. Dzięki pomocy finansowej ze strony Zakonu Kawalerów Maltańskich chorzy otrzymują co tydzień, to co jest najbardziej potrzebne do życia: mąkę z czerwonego milu, która jest podstawowym składnikiem posiłku. Poza tym maja zapewniona darmowa opiekę medyczna.


- Czy Wasi podopieczni mają okazję dowiedzieć się o Polsce, kraju z którego przywiozłyście swe gorące serca zdolne kochać nawet tych, których swoi wyrzucali z domów, skazując ich na straszliwy los porzuconych nieszczęśników, których ludzki lęk i egoizm uczynił dożywotnio trędowatymi.


-Oj to bardzo dobry pomysł by opowiedzieć naszym podopiecznym o Polsce. Jakoś nie przyszło mi to do głowy. Bez wątpienia słyszeli o bł. Ojcu Świętym Janie Pawle II. Niektórzy z nich mieli możliwość pojechać na spotkanie do Garoua w czasie Jego wizyty w Kamerunie. Opowiadałyśmy też im o naszym O. Założycielu Bł. Edmundzie Bojanowskim. Wiedzą też, że w Polsce pada śnieg i jest dosyć zimno. Ale na pewno trzeba im jeszcze więcej opowiadać o naszym kraju.


- Każdego dnia płynie z Polski cicha modlitwa Apostolstwa Niepełnosprawnych Dzieci, które spotkała Siostra podczas Festiwalu Misyjnego "Bóg mnie kocha" w Zielonce kolo Warszawy. Czy świadomość wsparcia ze strony najmłodszych pomaga w trudnych chwilach pracy misyjnej?


-Bardzo miło wspominam czas spędzony w Zielonce. Apostolstwo Dzieci Niepełnosprawnych to bardzo dobre dzieło! Podziwiam dzieci za ich ogromne zaangażowanie i dziękuje serdecznie za ich wierną modlitwę, ciche cierpienia ofiarowane za misjonarzy. To dla nas duża pomoc. Dziękuję.