Imię, które nosimy, często staje się mapą naszego powołania. Dla mnie, siostry Marii Józefy, mój Patron nie jest postacią z odległej historii, lecz żywym wzorem, w którym odnajduję fundamenty mojej misyjnej drogi w Kamerunie.
Cień ojca na afrykańskiej ziemi – moja droga ze św. Józefem
W CISZY…
Święty Józef to Patron ludzi czynu i milczenia. Ja również najlepiej odnajduję się w ciszy – kocham ją i potrzebuję jej, by w zgiełku świata usłyszeć głos Boga. Podobnie jak on chcę, aby to nie moje słowa, lecz moje dłonie opowiadały o Bożej miłości. Ta Józefowa pokora i „ukrycie” towarzyszą mi każdego dnia, gdy w ciszy pochylam się nad cierpiącymi i odrzuconymi.
DUCHOWY ORĘŻ
Moja relacja z nim została przypieczętowana na początku postulatu (pierwszy rok formacji zakonnej), gdy u mojej mamy zdiagnozowano nowotwór w ostatnim stadium i nie było żadnego ratunku. Wtedy s.M. Małgorzata, ówczesna wikaria prowincji katowickiej, dała mi duchowy oręż: „Odmawiaj litanię do św. Józefa o dobrą śmierć”. Józef, który sam odchodził w ramionach Jezusa i Maryi, wyprosił cud pokoju – mama odeszła bez fizycznego cierpienia, w głębokim spokoju: stopniowo coraz wolniej oddychała, aż przestała oddychać. To doświadczenie stało się ziarnem, z którego wyrosło moje powołanie do bycia przy tych, o których świat często zapomina.
CIEŃ OJCA
Dziś, jako misjonarka, widzę w św. Józefie wzór męstwa w kryzysie. On nie lękał się nocy ani ucieczki do Egiptu, by chronić życie. To męstwo jest mi potrzebne tutaj, w Kamerunie, gdy staję twarzą w twarz z osobą chorą na trąd, AIDS czy dzieckiem ze skrajnym niedożywieniem. W tych trudnych warunkach Józef uczy mnie pracowitości – tej cichej, rzetelnej służby pielęgniarskiej, która jest moim „warsztatem cieśli”. Nie szukam poklasku, staram się być po prostu „cieniem Ojca” – obecnością, która nie narzuca się, ale daje poczucie bezpieczeństwa i godności tym, którzy są spychani na margines.
WALKA O CZŁOWIEKA
Choć specjalizacja z opieki paliatywnej przygotowała mnie do towarzyszenia człowiekowi w umieraniu, moja misja to przede wszystkim walka o życie i godność drugiego człowieka – od niedożywionego dziecka po dorosłego chorego. W każdym z nich staram się spotkać Chrystusa, któremu Józef służył z takim oddaniem.
Jako siostra Maria Józefa wiem, że największe rzeczy dzieją się bez hałasu. Moja codzienność na misjach to ciche, Józefowe „tak” wypowiadane przy łóżku chorego albo w jego chacie. To zaszczyt nosić jego imię i uczyć się od niego, jak z odwagą i w pokornej ciszy nieść nadzieję tam, gdzie po ludzku jej brakuje.
s.M. Józefa Franke







